To,czego nie znajdziecie w przewodnikach,czyli pamietnik troche intymny.
Kategorie: Wszystkie | emigracja | kobieta | pamietnik osobisty | turystyka
RSS
piątek, 09 stycznia 2015

Dawno tu nie pisałam.
Kilka lat.
Ostatnio zatęskniłam jednak za szczęśliwymi chwilami, gdy pichciłam tu sobie włoszczyznę, dzieląc się jej smakiem i aromatem z innymi smakoszami, więc zajrzałam.

Dzisiaj jednak nic sama nie ugotuję, ale odgrzeję to, co zgotował swojej publiczności Roberto Benigni przed tegorocznymi świętami Bożego Narodzenia.
Mam nadzieję, że nie będę posądzana o odgrzewanie starych kotletów i nikomu nie przysporzę niestrawności, bo są przecież i takie potrawy, które czym więcej razy odgrzewane, tym lepsze - tradycyjna toskańska zupa „ribollita", chociażby.
A Benigni jest Toskańczykiem z krwi i kości, więc „tutto quadra”.

Piszę o jego monologu inspirowanym Dziesięcioma Przykazaniami, ale przyrządzonym i po mistrowsku doprawionym geniuszem, mądrością i humorem tego niezwykłego artysty.
Nie będę tu go serwować w całości, bo myślę, że nawet najsmakowitszymi potrawami lepiej jest się  delektować po kawałeczku, niż obżerać bez umiaru.
Przytoczę dziś więc tylko jedno „dolcetto”, w którym tak zasmakowali fani Benigniego, że ten właśnie krótki fragment, ściągany z youtube, był w tym roku najczęściej przesyłanym wideo, za pomocą którego Włosi składali sobie życzenia noworoczne, lub stanowił ich dopełnienie.

Postanowiłam i ja podzielić się nimi z tymi, którzy nadal czytają mój blog i życzyć Wam wiele szczęścia w Nowym Roku!
Dla tych, którzy nie są „italojęzyczni”, z przyjemnością przetłumaczyłam tekst występu Benigniego.

Eccolo:

https://www.youtube.com/watch?v=JvSuM90o8ds

„Szczęście!
Tak, szczęście!
A propos szczęścia: szukajcie go każdego dnia, bez przerwy!

Właśnie! Ktokolwiek mnie teraz słucha, niech weźmie się za szukanie szczczęścia.
Teraz, w tym właśnie momencie!
Bo ono tu jest!
Macie je. Mamy je.
Bo dano nam je wszystkim.
Otrzymaliśmy je w podarunku. W darze.
A był to tak piękny prezent, że ukryliśmy go.
Jak robią psy z kością, gdy chcą ją ukryć.
Wielu z nas tak dobrze ten prezent ukryło, że nawet nie pamiętają gdzie go schowali!
Ale mamy szczęście! Macie je!
Zajrzyjcie do wszystkich schowków, regałów, do zakamarków waszej duszy.
Wyrzućcie wszystko na wierzch. Z szuflad, szafek, które macie wewnątrz, a zobaczycie, że znajdzie się!
Szczęście jest!
Spróbujcie poszukać w pudełkach; może uda Wam się je złapać z zaskoczenia.
Ono tam gdzieś jest!

Musimy zawsze myśleć o szczęściu.
Ono czasem o nas zapomina, ale my nie możemy nigdy zapominać o nim.
Aż po ostatni dzień naszego życia!”

Tanta felicita' a tutti!

Miałam w tym miejscu zakończyć swój wpis, ale ostatnie tragiczne wydarzenia w Paryżu jakoś mi nie pozwalają. Muszę coś dodać od siebie.

Chciałabym bardzo, by podobnie jak we Włoszech, gdzie komicy, satyrycy, a nawet błaźni  (o czym  mówi historia i literaura tego kraju), zdobywali od wieków serca wielu ludzi, a niektórzy za swoje „pośmiechujki” nawet Nobla - jak było z Dariem Fo - również inne narody poszły tym tropem.
By zamiast wszędzie i we wszystkim dopatrywać się takiej, czy innej obrazy tego, czy owego, spróbować się częściej śmiać.
Nawet z byle powodu.
Bo każdy nadaje się do śmiechu - powód i osoba.
Śmiech nie jest obrazą majestatu, jak - niestety - wielu osobom nadal się wydaje, lecz żałosny staje się każdy majestat, który obawia się śmiechu.

I jeszcze jedno - jest niezmiernie ważne, by w poszukiwaniach zawieruszonego szczczęścia, nie pomylić go z jakimś innym uczuciem, też głęboko schowanym.
Pewnie świadomie i celowo.
Bo może się okazać, że na pierwszy rzut oka tylko wydawało nam się, iż dokopaliśmy się do naszego szczęścia, a była to jedynie zwykła nienawiść.
I choć to tak odmienne uczucia, to nadal wiele osób myli je.
Niestety.

wtorek, 15 lutego 2011

Amor i Psyche.

Jest wiele rodzajow pocałunkow. Starożytni Rzymianie -  bardziej precyzyjni od nas - używali nawet trzech rożnych slów na ich określenie : "osculum", "savium" i "basium".

"Osculum" odnosilo sie do pocalunkow przyjacielsko - rodzinnych, natomiast "savium", a potem "basium" do erotycznych. Z czasem rozgraniczenie to zanikło, a we wspolczesnym jezyku wloskim pozostal z laciny jeden tylko termin : "bacio" - "pocałunek",  od "bocca" - "usta".

Wróce na chwile do  "osculum" i do jednego z tak zwanych rodzinnych pocalonkow, ktore - glownie mescy - czlonkowie rodziny dawali na powitanie rzymskim matronom, czyli paniom domu sprawujacym piecze nad gospodarstwem domowym. Chociaz ten lacinski termin rowniez wywodzil sie od rzeczownika "usta" - "os", to nie mial  nic wspolnego z milosnym pocalunkiem. Mial jedynie kontrolowac, czy kobieta dobrze wypelnia  swoje gospodarskie obowiazki.

To znaczy, czy przypadkiem nie popija sobie  wina z domowej piwniczki, co bylo w tamtych czasach - pierwszych wiekach istnienia Rzymu - drastycznie zabronione  kobietom i rygorystycznie przestrzegane. Do tego stopnia, ze maz przylapawszy zone na tym procederze, mogl ja sam - legalnie i bezkarnie -  zabic.

Najlepiej jeszcze na miejscu zbrodni picia wina, czyli w  piwnicy.

To szczegolne "prawo pocalunku" gwarantowalo krewnym, bo nie tylko mezom, pelna kontrole nad prowadzeniem sie zameznych kobiet w rodzinie. Sprawdzajac ich oddechy, od razu wyczuwalo sie, czy byly one winne.

Jedne i drugie.

Nie ma sie czemu zreszta dziwic : przeciez  starozytni Rzymianie byli mistrzami w wymyslaniu przepisow prawnych i wdrazaniu ich w codzienne zycie.

Na szczescie nie wszystkie rzymskie prawa przetrwaly do naszych czasow i zadomowily sie we wspolczesnych kodeksach, a mezowie - i mezczyzni w ogole - zauwazyli, ze lampka wina nie tak znowu zle dziala na kobiety.

W samych Wloszech pewnie duzo tego trunku jednak uplynelo, zanim  specyficzne "prawo pocalunku" uleglo zapomnieniu (przedawnieniu ?) Na koniec rowniez Wlosi - tak przywiazani do wszelkich tradycji - na szczescie poszli z duchem czasu i przestali  myslec nie tylko o wlasnych przyjemnosciach  z okazji picia wina, ale zaczeli miec na uwadze rowniez nasze, kobiece samopoczucie.

Chociaz gdzies tam w porzekadlach i przyslowiach nadal - bezwiednie - pokutuja resztki dawnych praw i lekko "szowinistycznych" - jak bysmy  je dzis nazwali -  oraz czysto sknerskich sposobow myslenia.

Na przyklad powiedzenie : "Vuoi la moglie ubriaca e la botte piena" - "Chcesz miec nietrzezwa zone i nienaruszona beczke  (wina)" swietnie oddaje dylematy roznych wloskich "don Giovanni".

Oczywiscie nie wszystkich !

Mam nadzieje, ze w minione Walentynki, zaden z Waszych mezow lub innych kawalerow nie mial takich rozterek, ani tym bardziej nie mial nic przeciwo Waszym pocalunkom.

Ani tym winnym, ani tym bardziej niewinnym. 

 

wtorek, 26 października 2010

 Ponte Vecchio

 

Ponte Vecchio, czyli Stary Most.
Obecny ksztalt pochodzi z 1345 r. Zabudowany jest mnostwem malych sklepikow. Poczatkowo byly to glownie sklepy rzeznicze i pracownie - "botteghe" - wyprawiajace skory, z czego od wiekow slynela Florencja.
I jedne i drugie byly przyczyna - glownie w lecie, a lato tu dlugie niezmiernie - nieprzyjemnych zapachow ; w upale mieso przeciez szybciej traci swiezosc, a do wyprawiania skor w tamtych czasach uzywano konskiego moczu.
Oba zapachy nie byly raczej przyjemne, a tym bardziej godne wysoko urodzonych nosow.
Dlatego tez Ferdynand I de Medici, wladajacy w okresie renesansu Florencja i zmuszony pokonywac te trase minimum dwa razy dziennie ; z Palazzo Pitti gdzie mieszkal do Palazzo Vecchio - ratusza, gdzie zarzadzal ; uznal, ze zapachy i widoki nie sa godne wladcy i rozkazal w 1591 eksmisje dotychczasowych wlascicieli smierdzacych sklepikow, a w ich miejsce sprowadzil zlotnikow.
Nie wiem, czy z racji tego dekretu, ale nadal na moscie sa tylko sklepy i pracownie jubilerskie.
We Wloszech nie jest wcale takim ewenementem, ze prawa i zarzadzenia wspolczesnie obowiazujace maja po kilkaset lat i ciagle sa przestrzegane - tak trudno cos tu zmienic i pojsc z duchem czasu !
Np. dopiero od niedawna sol mozna kupic w sklepie spozywczym - przedtem kupowalo sie ja w specjalnych sklepikach "Sali e Tabacchi", gdzie sprzedaje sie atrykuly, na ktore panstwo ma wylaczny monopol ; jak papierosy, czy znaczki skarbowe.
Sol rowniez do nich nalezy. Kiedys, w dawnych wiekach, byla drogim luksusem , z ktorego panstwo czerpalo spore zyski. Dzis kosztuje niewiele i jest juz sprzedawana w marketach, ale nikomu nie przyjdzie do glowy, zeby zmienic wreszcie zasniedzialy, wiekowy przepis i nadal musza ja miec na "skladzie" sklepy z papierosami.
Wroce jednak do mostu, bo za bardzo dywaguje.
Wielu turystow, a szczegolnie Polacy, nazywaja go zamiast Starym - Zlotym Mostem. Oczywiscie z racji przepychu i ilosci zgromadzonych tam szlachetnych kruszcow i drogocennych kamieni.
Mozna by rzec, ze tam od zlota, az kapie.
I kiedys kapnelo naprawde i to wprost do przeplywajacej pod mostem rzeki.
Zaden przypadkowy szczesliwiec nie skorzystal jednak z tej manny bogactwa. Nie liczac oczywiscie ryb i rzecznych rakow, ale dla nich te kwintale kosztownosci byly jak przyslowiowe perly rzucane swiniom - zbedne.
Wiele lat temu - 4 listopada 1966 roku, w czasie ogromnej powodzi, ktora nawiedzila Florencje, powodujac wielkie straty i niszczac nie tylko dobytek mieszkancow, ale rowniez dziela sztuki tworzone tu i gromadzone przez wieki, wzburzone wody przeplywajacej przez miasto Arno, ktore w tamtych dniach podniosly sie na wysokosc pierwszego pietra florenckich kamieniczek, zalaly rowniez Stary Most i porwaly wszystko, co bylo w srodku.
W mgnieniu oka cale to migotliwe bogactwo zmieszalo sie z blotem i szlamem i zniknelo w spietrzonych nurtach rzeki.
Od tej pory jesienia, glownie w nocy, gdy opady deszczu czasem sa niezwykle obfite i poziom wody z godziny na godzine podnosi sie w zastraszajacym tempie, mozna zobaczyc Zloty Most obstawiony dookola zwartym szeregiem policyjnych samochodow z syrenami i pulsujacymi swiatlami , a w srodku uwazne oko moze dostrzec pospiesznie ewakuujacych sie z calym dobytkiem zlotnikow.
Turysci przewaznie mysla, sadzac po ilosci policji, ze to jakas "rapina" - napad - lub poddajac sie czestym ostatnio grozbom rzadow i mediow, podejrzewaja bombowe zamachy terrorystyczne i raczej oddalaja sie stamtad pospiesznie.
Florentczycy natomiast otaczaja gapiowskim szpalerem dostepny im teren i uwaznie patrza, czy ktorys ze zlotnikow czegos przypadkiem nie pogubil.
Doswiadczenie uczy...
Na srodku mostu jest rowniez miejsce widokowe - taki niby taras z panorama na miasto i rzeke, a tam zgromadzone sa jeszcze inne kosztownosci - bezcenne i wieczne przysiegi milosne.
Mianowicie, w jednym z rogow tarasu zakochani przyczepiaja do balustrady mostu klodki ze swoimi imionami, a kluczyki - by nikt nie rozerwal ich milosnych wiezow - wrzucaja do rzeki.
Mysle, ze od tych wszystkich blyskotek : pierscionkow, kolczykow i innych kluczykow co jakis czas tonacych w rzece pod mostem - tutejsze ryby chyba juz sie niezle wycwanily i nie tak latwo dadza sie zlowic na jakas kolorowa "muszke" lub lsniacy, ale goly haczyk. Pewnie jak nie zobacza na nim pulchnego, wijacego sie robala, to na zadne swiecidelka zlowic sie nie dadza.
Za duzo juz sie chyba objadly "zelaztwem".
A swoja droga, czasem gdy patrze na licznych tu rybakow siedzacych codziennie nad brzegami Arno, zastanawiam sie, co tez znajduja oni w brzuchach wyciaganych z rzeki taaaakich ryb ?
Bo chyba nie jakies smutne olowiane zolnierzyki ?
" Furbi" - cwaniaki - lowia tylko za Zlotym Mostem, z nurtem rzeki.

 

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Opowiem o pewnym typowo florenckim zwyczaju, ktory zwiazany jest z czerwcem, a mianowicie :

"Calcio storico fiorentino", czyli Historyczna florencka pilka nozna.
Zwyczaj ten, a wlasciwie gra, ma swoj rodowod w starozytnej Grecji, skad Rzymiane przeniesli ja do siebie. Bylo to tak zwane Harpastum, czyli dyscyplina sportowa, uprawiana przez legionistów i uznawana za przodka dzisiejszego rugby oraz piłki nożnej.
Czasem nazywane jest tez "Calcio in costume "- Kostiumowa pilka nozna, bo pilkarze graja w strojach wzorowanych na sredniowiecznych.
Pierwsze wzmnianki o "calcio" pochodza z XVw. Mecze odbywaly sie wtedy w karnawale, ale potem, z biegiem lat, zaczely byc rozgrywane w okolicach 24 czerwca - na sw. Jana - patrona Florencji.

W grze biora udzial 4 druzyny z czterech dzielnic miasta :
- Bianchi ( biali ) - z Santo Spirito
- Azzurri ( blekitni ) - z Santa Croce
- Rossi ( czerwoni ) - z Santa Maria Novella
- Verdi ( zieloni ) - z San Giovanni
Rozgrywane sa trzy mecze - dwie rozgrywki kilka dni wczesniej i final 24 czerwca .Wszystko odbywa sie na placu Santa Croce ( Swietego Krzyza ), wysypanego na te okazje piaskiem.W meczu, ktory trwa 50 min. bierze udzial po 27 zawodnikow z kazdej z dwoch druzyn rozgrywaacych pomiedzy soba rozgrywki eliminacyjne.
Boisko jest prostokatne, z zawieszonymi po przeciwleglych bokach siatkami, pelniacymi role bramek. Oczywisce, wygrywa ta druzyna, ktora wbije wiecej goli, ale po kazdym golu nastepuje zamiana pol boiska.
Uwaga : za gola przyznawanego druzynie przeciwnej, uwaza sie pilke celowana do siatki, ale spudlowana lub wybita przez zawodnikow druzyny przeciwnej ponad nia.
W grze tej wszystkie chwyty sa dozwolone, czyli typowa, czysta (sic !, bo zaraz zobaczycie zdjecia !) wolna amerykanka.Zawodnicy nawet wola sie wzajemnie napieprzac, niz tracic czas na jakies glupie wbijanie goli. Gdy jednak za bardzo sie leja, to sedzia glowny stara sie uspokoic zawodnikow - jest to jego glownym zadaniem.Bramek natomiast dogladaja sedziowie liniowi.
Czasem, gdy zawodnicy sa nad wyraz rozbuchani jak na przyklad wtedy gdy jeden drugiemu odgryzl ucho , przerywaja rozgrywki na kilka lat . Potem Urzad Miejski jednak odwoluje zakaz, bo wola walki zawodnikow jest tak ogromna, ze i tak leja sie w ciagu roku gdzie popadnie. Wola wiec ( ci z Urzedu ), aby zawodnicy spuscili sobie baty raz, a dobrze co roku, w ramach czerwcowego Katharsis, nizby leli sie w knajpach przez caly rok.
Aby latwiej bylo sedziom panowac nad zawodnikami na boisku, atleci nie moga przekroczyc lat 40-stu. Tych mlodszych mozna podobno szybciej uspokoic sedziowskim autorytetem, bo wielu sedziow to dawni, legenarni zawodnicy i mlodzi czuja przed nimi troche respektu. Natomiast ci juz po czterdziestce sa bardziej zaciekli i nie szanuja zadnych swietosci.
A, zapomnialabym ! Nie moga rowniez grac ( czytaj : bic sie ) wszyscy ci, ktorzy kiedys zostali skazani za morderstwa.Zostalo to wyszczegolnione, bo we Wloszech nie jest wcale jednoznaczne, ze jak ktos zabil i zostal za to skazany, to musi obowiazkowo siedziec i to nie daj Bog, do konca zycia.
Dosc jednak dywagacji, bo odchodze od tematu.
Gdy juz wszystkie druzyny rozegraja pomiedzy soba mecze i zostanie wreszcie wyloniony zwyciezka druzyna, czeka oczywiscie na nia zasluzona nagroda.
Jest nia - oprocz pucharu - bialy, bawoli cielak, ktory zwykle konczy jako "bistecca alla fiorentina " - " stek po florencku " na talerzach wycienczonych zawodnikw.
Bistecca alla fiorentina, to typowa florencka specjalnosc : kawal miesa wolowego rzucony na ruszt i tylko lekko opieczony z obu stron, a w srodku surowy i tryskajacy krwia, grubosci co najmniej 10-15 cm i wadze srednio 1- 1,5 kg .
Porcja oczywiscie "na raz "dla normalnego florenckiego dziecka, bo dorosly czlowiek, w tym roniez kobieta, pozera inne, znacznie wieksze ilosci tego smakolyku.
Zeby nie bylo, ze tylko ironizuje to przyznam sie, ze ja jako osoba ciekawa swiata i jego zwyczajow tez ja jadlam.
Ale na szczescie kucharz zawsze pyta sie klienta :
- Mniej, czy bardziej podpieczona ? -
Poprosilam o mniej surowa, czyli malo tryskajaca.


Reportaz w j.angielskim ( od lat 30 tych do wspol.) cz.1
http://www.youtube.com/watch?v=l9qufMTWGes

cz.2
http://www.youtube.com/watch?v=OX2t5jRaXPg

Ogolne zasady:
http://www.youtube.com/watch?v=WsRqSNSjy3E

Jak sie leja , ale wszystko w ramach meczu :
http://www.youtube.com/watch?v=LUdOFssfJtQ

czwartek, 24 czerwca 2010

z netu

 

Dzisiaj bedzie troche prywatnie.
Wlasciwie to zadna nowina, bo najpierw za sprawa forum na N - K, a teraz wlasnego blogu, obudzilam drzemiaca we mnie od lat ekshibicjonistke, przysypana tylko troche pokutnym popiolem, wiec prawie zawsze jest prywatnie.

I fochi di San Giovanni Battista - Ognie Sw. Jana Chrzciciela.
( I fochi - "ognie " , jest po staroflorencku - dzis mowi sie : "i fuochi ").

W ramach wywodzacej sie jeszcze z poganstwa, a potem wczesnochrzescijanskiej tradycjii, Jana Chrzciciela zmywajacego grzechy nie tylko woda, ale i puryfikujacym ogniem, w calych Wloszech dzien 24 czerwca jest "nagminnie" swietowany, bo wiele miast i miasteczek ma wlsnie tego swietego za opiekuna
W nocy z 23 na 24, szczegolnie w nadmorskich miasteczkach, pali sie na plazach wielkie ogniska - " falo' " na znak oczyszczenia.
Palic ogien na Sw. Jana podobno oddala rowniez nieszczescia i uroki.
Swiety ten jest rowniez patronem Florencji.
Co roku w tym dniu, oprocz roznych uroczystosci religijnych i swieckich, Urzad Miasta, organizuje wieczorem wielkie widowisko pirotechniczne dla mieszkancow i gromadnie przybywajacych w tym dniu do miasta turystow.
Moja cyniczno - sceptyczna, florencka przyjaciolka - Sonia, corocznie szydzi :
- Cieszcie sie, cieszcie i podziwiajcie. Przeciez wszysto to "ben' di Dio" ( "dar niebios" ) za pieniadze z waszych mandatow za niewlasciwe parkowanie !.
Rzeczywiscie, to plaga wszystkich miast wloskich, bo nie byly one budowane z mysla o tak duzej ilosci samochodow i po prostu nie ma gdzie parkowac.
Tajemnica poliszynela jest rowniez to, ze bez tych mandatow urzedy miejskie chyba by najzwyczajniej splajtowaly. To ich kura znoszaca zlote jajka.
Fajerwerki wystrzeliwuje sie ze sredniowiecznego Fortu Belwedere na gorujacym nad miastem Wzgorzem Michala Aniola.
Na zboczach tego wzgorza znajduje sie rowniez camping, z ktoreg rozposciera sie przepiekny, zatykajacy dech w piersiach widok na cala Florencje.
Warunki na pewno spartanskie, ale mysle, ze budzenie sie i zasypianie z panorama miasta przed nosem potrafi chyba wynagrodzic male niedogodnosci nie tylko mlodym turystom.
Pokaz fajerwektow jest zawsze widowiskowy , zaczyna sie o 10 w nocy i trwa ok.40 min.
Ognie migotliwie rozblyskuja feeria barw, odbijaja sie w rzece i rozswietlaja nocne miasto, ktore nic nie traci przy takim oswietleniu.
Jest rownie piekne jak w dzien, przy blasku slonca i w przyslowiowym blekicie wloskiego nieba.
Wlasnie w takiej scenerii, wiele lat temu, moj przyszly "byly " wloski maz oswiadczyl mi sie.
Siedzac na jego Moto Guzzi, ogladalismy te pocztowkowa laurke z przesiwleglego, okalajacego miasto wzgorza, niedaleko Fiesole. Jest to miasteczko zalozone przez Etruskow, duzo starsze od Florenji. Pozniej przejete przez Rzymianam, budowniczych Florencji. Zachowal sie tam nawet na jednym ze wzgorz rzymski amfiteatr. Oczywiscie, jak to u Grekow i Rzymian bywalo, ze swietna akustyka. Rokrocznie jest tam organizowany Letni Festiwal Teatralno - Muzyczny : "L'estate fiesolana".
Ale o Etruskach i Rzymianach napisze dokladniej innym razem.
Ach, mlodosc !
Dzisiaj mam do centaurow (tak we Wloszech okresla sie motocyklistow ) stosunek obojetny i cenie sobie troche wygodniejsze srodki lokomocji jak np..: ... rower, ale wtedy - cwierc wieku temu - przejechalismy i zwiedzilismy na tej piekielnej machinie pol Wloch.
Lacznie z wyspami.
Chociaz teraz ogladamy osobno " I fochi " na Sw. Jana, rowniez dlatego, zeby nie psuc sobie wzajemnie widowiska naszymi slownymi fajerwerkami, bo zawsze jeszcze jakims cudem, a wlasciwie diabelskim podszeptem, trafi sie pomiedzy nami niewybuchnieta petarda gotowa do odstrzalu, to wspomnienie tamtych odleglych rozblyskow nosze nadal gleboko w pamieci.
Pieknych wspomnien na szczescie tak latwo sie nie zapomina.
Wierze, ze jak to zwykle bywa, madre zycie predzej, czy pozniej, rozwieje i nasze dymy.
Zapomnimy o cieniach i mrokach, a bedziemy pamietac tylko migotliwosci naszego zycia, ktorymi kiedys tak bardzo sie zachwycalismy.
Czasem, tak troche dla zdrowia, traktuje moje szczesliwe wspomnienia jak roznobarwny kalejdoskop, do ktorego zagladam na chwile, aby nacieszyc oczy i dusze i nabrac dalszej ochoty do zycia.

" I fochi" :
http://www.youtube.com/watch?v=AHtfxRmxc5U

sobota, 03 kwietnia 2010

 

Florentczycy maja oryginalny sposob swietowania Wielkanocy.
Zwyczaj ten bierze swoj poczatek w epoce wypraw krzyzowych i jest rok rocznie ze skrupulatnoscia powtarzany , bo od niego zalezy pomyslnosc kolejnych dwunastu miesiecy.
Florentynczyk Pazzino de' Pazzi ( wspolczesne tlumaczenie jego imienia i nazwiska : Szalenczyk od Szalencow ) byl jednym z zolnierzy bioracych udzial w pierwszej wyprawie krzyzowej. Zaslynal tym , ze wspial sie na mury Jerozolimy i atakujac znienacka muzulmanskich obroncow oraz wygrywajac z nimi , pozwolil na wkroczenie do miasta katolickim zdobywcom.
W podziece i uznaniu za bohaterski czyn , dostal na pamiatke od dowodcy tejze wyprawy trzy krzemienne lupki pochodzace z Chrystusowego Grobu , ktore nastepnie przywiozl do Florencji.
Od tamtego czasu , kazdego roku w Wielka Sobote zaczeto wzniecac nimi w Katedrze Swiety Ogien , od ktorego wierni zapali wlasne swiece i idac w procesji , niesli migotliwe ogniki przez miasto ,
Wlosi uwielbiaja wszelkiego rodzaju spektakle , zabawy i huczne swietowania , wiec zamiast zwyklego odpalania swieczek i roznoszenia Blogoslawionego Ognia na piechote , wymyslono cos ciekawszego.
Poczatkowo byl to woz wypelniony rozzarzonymi weglami , ktore potem ok. XIVw. zamieniono na fajerwerki.
Tak wiec rano , w Wielkanocna Niedziele przez ulice miasta przejezdza specjalna drewniano - metalowa kanstrukcja zbudowana ponad 500 lat temu.
Ma ksztalt wiezy na kolkach i jest ciagnieta przez dwa biale woly , przystrojone bukietami kwiatow i kolorowymi wstazkami.
Jest to tzw. "carro" , albo "brindellone" , czyli woz zwienczony fajerwerkami.
Ustawia sie go przed wejsciem do Katedry Santa Maria del Fiore i za pomoca metalowego knota laczy z glownym oltarzem kosciola.
O 11-tej , po mszy , z oltarza wylatuje podpalona Swietym Ogniem raca w ksztalcie bialego golabka ze swieza galazka oliwna w dziobku ( tzw. colombina ) , ktora ma za zadanie dotrzec za pomoca tego wlasnie knota do "wozu" i podpalic fajerwerki , zaczynajac w ten sposob spektakl pirotechniczny i OBOWIAZKOWO wrocic z powrotem skad wyleciala , czyli do oltarza !
Gdyby nieopatrznie cos w tym skomplikowanym mechanizmie nie zadzialalo , wrozyloby to niepowodzenie dla miasta i okolic.

Ostatnio spektakl nie " wypalil" w 1966 - w roku ogromnej powodzi we Florencji , kiedy to woda z rzeki Arno zalala cale miasto i wlewala sie nawet na drugie pietra kamienic . Byl to potworny kataklizm , ktory wyrzadzil nieoszacowane straty , a szczegolnie ucierpialy wtedy florenckie dziela sztuki. Mnostwo ludzi z calego swiata , szczegolnie mlodych , przyjechalo wtedy do Florencji , aby ja ratowac. Ich praca polegala glownie na wydobywaniu z rzecznego mulu i oczyszczaniu z blota wszystkiego , co mozna bylo jeszcze uratowac.Robili to oczywiscie gratis - z milosci i uwielbienia dla Sztuki. Nazywano ich Angeli del fango , czyli Aniolowie blota.

W tym roku na szczescie udalo sie !!!
Raca podpalila maszynerie i wrocila , skad wyleciala.

A jak bedzie w te niedziele ?
Chce byc dobrej mysli !  :)

Migawki z wielkanocnego widowiska :

http://www.youtube.com/watch?v=0vtnnaPOdRU 

 

02:06, ma-ddalena
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 stycznia 2010

 

Mam ochota cos dzis ugotowac.

Wlasciwie to lubie gdy inni dla mnie gotuja , a szczegolnie mezczyzni.
Pewnie to przyzwyczajenie z dziecinstwa , bo w naszym domu ojciec czesto cos dla nas pichcil.
Nie tylko od swieta i przy niedzieli relaksowal sie wymyslaniem coraz to nowych potraw - jego sledzie w zalewie korzennej , do dzis bezskutecznie probuje odtworzyc moj brat , bo zabral - jak to sie brutalnie mowi - przepis do grobu.

Robil nam rowniez codzienie sniadania i kanapki do szkoly. Na nasze - dzieci - szczescie , nie gotowal czesto zup mlecznych , bo wiedzial , ze nie lubimy , a do kanapek , ktore zawsze nie wiedzac czemu wydawaly nam sie jakos bardziej smakowite od tych , przynoszonych do szkoly przez inne dzieci , zawsze dodawal soczyste jablka.
Pewnie za sprawa tych jablek bylismy z moim bratem jako dzieci tacy chudzi , bo zawsze najpierw je zjadalismy zapelniajac zoladki , a nasze pyszne szkolne kanapki czesto konczyly niezjedzone w worku na kapcie .Aby po jakims czasie w drodze na piechote do lub ze szkoly , ucieszyc jakiegos przygodnego pieska.
Nie moglismy zostawiac niezjedzonych w tornistrze , bo raz ze zapach roznioslby sie po ksiazkach i zeszytach , a po drugie ojciec sam wkladal tam co rano swieze kanapki , wiec zaraz wydalo by sie oszukanstwo , ze wszystko zjadamy.
Natomiast do worka na kapcie tylko my zagladalismy.

Tutaj we Wloszech tez mialam swojego ojca.
Byl nim Sabatino.
Toskanczyk z dziada pradziada , poczatkowo przyjaciel mojego meza , ktory stal sie rowniez i moim.
Nie mogl nim nie zostac , bo jak to zwykle w moim zyciu bywa , zblizyl nas przypadek , dziwny los i zbieg okolicznosci.

Poznalam go w pewien majowy dzien.
Jeden z takich , w ktorych znowu nie potrafilam zapanowac nad nostalgia za krajem i tym wszystkim co w nim zostawilam , a swiat obok mnie i przede mna nie wydawal sie zbyt ciekawy.
Moze dlatego , ze byl to wlasnie maj , moje imieniny , ktorych tutaj nie obchodza i tak jakos brakowalo mi zapachu bzow... , a jeszcze nie zauroczylam sie majami nowego kraju.
Czasem takie zdawaloby sie banalne , infantylne i blahe detale sa swietna wymowka na bole i smutki.

Wtedy wlasnie moj lekko zaniepokojony maz , nie mogac sam poradzic mojemu zlemu nastrojowi , postanowil zrobic mi prezent i swoim , a rowniez tutejszym zwyczajem , zawiezc w piekne miejsce z sympatycznymi ludzmi.
Dla niego Sabatino byl troche lekiem na prawie cale zlo.
Nie mogl lepiej trafic , bo i mnie sie zaraz polepszylo.

Spedzilismy cudowny wieczor , bo gospodarz jak sie okazalo byl znakomitym kucharzem , lubil muzyke i mial swietna kolekcje plyt oraz byl wspanialym gawedziarzem.
Mial rowniez ogrod , ktory akurat w tych majowych dniach zamienial sie w bajkowy i zaczarowany ze wzgledu na latajace w nim wieczorem chmary migotliwych swietlikow.
Ile ich bylo !
Doslownie zatrzesienie i troche zastapily moje bzy.

A , zapomnialam dodac o zbiegu okolicznosci .
Okazalo sie , ze moj nowy znajomy urodzil sie rowno piecdziesiat lat przede mna.
Dlatego czesto potem wspolnie swietowalismy urodziny , urzadzajac razem przyjecia dla naszych przyjaciol.
Przy tej okazji nauczyl mnie wielu wloskich potraw , a szczegolnie toskanskich.
Byl przeciez swietnym kucharzem.
Byl rowniez sobowtorem jednego z moich dziadkow - kawalarza.
Podobienstwo bylo zaskakujace ; doslownie jakby skore sciagnal.

Jedna z potraw , w ktorych Sabatino byl mistrzem bylo ragu' czyli sos "alla bolognese".
Nie tylko nauczyl mnie go przyrzadzac , ale wyjawil kilka sekretow , aby byl znakomity.
Mowil :
- Pamietaj , mozesz ten sos gotowac z najlepszych skladnikow , ale jak nie dodasz do niego duzej szklanki dobrego , czerwonego wina i szczypty galki muszkatolowej to twoj sos bedzie owszem dobry , ale nijaki.
Rzeczywiscie jego przepis na ragu' zawsze sie sprawdzal , nawet gdy czestowalam nim tak zwanych znawcow wloskiej kuchni , czyli wloskich kucharzy.
Poczatkowo nigdy nie chcieli uwierzyc , ze robila go Polka.
Coz za satysfakcja !
Ale nie do konca , bo ja jednak zawsze wyczuwalam drobna roznice pomiedzy moim sosem , a tym ugotowanym przez Sabatino.
A przeciez robilam tak jak on , z tego samego i nierzadko pod jego okiem.
Kiedys po prostu spytalam :
- Powiedz mi , czego tu brakuje ? Co Ty jeszcze dodajesz ? Jak nie chcesz , to nie wyjawie Twojego sekretu innym , ale mnie - prosze , zdradz tajemnice.

Popatrzyl ma mnie jak zwykle z ojcowska miloscia i powiedzial usmiechajac sie :
- Madda ( wiekszosci Wlochom wymowa mojego imienia sprawia trudnosc ) , milo mi , ze zauwazasz takie niuanse , ale nie jest to zaden sekret.
Mozesz smialo rozpowiadac , bo to najwazniejszy skladnik.
Po prostu brakuje tego , co twoj ojciec wkladal do waszych codziennych , szkolnych kanapek.


Ragu' , czyli sos "alla bolognese" Sabatina :

pol kg mielonego miesa
2 marchewki
1 cebula
2 lodygi selera naciowego
4 duze pomidory
2 zabki czosnku
maly peczek pietruszki
olej z oliwek
szklanka czerwonego wina
troche oregano i rozmarynu
1 listek laurowy
troche startej galki muszkatolowej
sol
pieprz ( moze byc chili )
zaleznie od gustu spora doza "czegos"

Wrzucic do garnka z rozgrzanym olejem drobno posiekane warzywa i mieszajac dusic , az zmiekna .
Dodac mieso i nadal na duzym ogniu smazyc wraz z warzywami , az mieso zbrazowieje.
Dodac ziola , przyprawy i wino.
Mieszajac , poczekac az wyparuje.
Nastepnie wrzucic obrane i pokrojone pomidory i zalac wszystko goraca woda.
Gotowac pod przykryciem na malym ogniu , czesto mieszajac i dolewajac wyparowujaca wode przez ok. 2 godz.
Podawac z makaronem - najlepiej z rurkami ( penne ) , bo sos wchodzi do srodka , albo z jakimkolwiek innym.
Gnocchi tez sie nadaja , a nawet bardzo.
Mozna posypac drobno startym parmezanem.

 

14:03, ma-ddalena
Link Komentarze (11) »
czwartek, 14 stycznia 2010

 


Widok z San Miniato al Monte


Lubie jezdzic na rowerze.
Jestem za bardzo leniwa na uprawianie jakichkolwiek dyscyplin sportowych, czy chociazby nawet zwyklej gimnastyki.
Juz sama mysl o zapisaniu sie na silownie jest dla mnie meczaca i nudna.
Natomiast jazda na rowerze sprawia mi przyjemnosc i relaksuje.
Plaska Florencja swietnie sie do tego nadaje.

Nie tak dawno temu sprawilam sobie nawet nowy rower. Nie bede jednak o nim pisac, ale powspominam troche stary, a wlasciwie opowiem jak go stracilam.
Lubilam go i duzo na nim przejezdzilam, zachwycajac sie florenckimi widokami.
Wiele nas rowniez laczylo : bliskosc siodelka i rozne inne intymne chwile, wiec nalezy mu sie takie male epitafium.
Bedzie to rowniez przestroga dla innych ; stracilam go przez faceta, ktory sam poniosl strate, bo ... stracil glow, a ze nie stracil jej dla mnie, to nie bedzie zadnego zmiluj.

A bylo tak ...
Gdy ostatnio oprowadzalam moich polskich przyjaciol po Florencji, jak zwykle i tym razem postanowilam, ze musza zwiedzic moj najukochanszy ( jakim byl przynajmniej do tej pory !) i wedlug mnie najpiekniejszy florencki kosciol , tj. San Miniato al Monte. Skad dodatkowo rozposciera sie zapierajacy dech w piersiach widok na cala Florencje i okolice.
Spotkalismy sie w centrum miasta gdzie "zaparkowalam" rower, a potem wjechalismy na koscielne wzgorze samochodem .
Zaczelismy zwiedzanie .
"Ochom " i "achom" nie bylo konca. Tym bardzie, ze wszyscy bylismy z tak zwanej artystycznej branzy i posrednio bylismy juz na te zachwyty przygotowani. Oni z ksiazek, a ja dzieki czestym spacerom.

Uwielbiam przygladac sie cudzym zachwytom. Sprawia mi to ogromna przyjemnosc, a mieszkajac tutaj mam niejako sprawe ulatwiona i czasem ide na przyslowiowa latwizne.
Wystarczy przejsc z przybyszami na piechote od miejskiego dworca kolejowego, ktory swoja nazwe zawdziecza zaledwie kilkunastometrowej odleglosci od jednej z perel wloskiego sredniowiecza -  kosciola Santa Maria Novella i dojsc trzysta metrow do Katedry, albo wsiasc w autobus nr. 13 ( ! ), ktory wjezdza na panoramiczne wzgorze z Placem Michala Aniola i Kosciolem San Miniato i rzadko kto chce potem stad wyjezdzac.

W czasie zwiedzania robilismy mnostwo zdjec.
Nawet tam gdzie byly napisy : "Uprasza sie o nierobiene zdjec. Miejsce modlitwy ".
Zastanawialismy sie tylko, ze jakos zle wychodzily. Tak jakby robila je jakas niewprawna reka, a nie profesjonalisci, ktorymi byli moi goscie.
Wykorzystujac moment, ze oprocz nas w kosciele nie bylo nikogo, wchodzilismy w kazdy zakamarek. Nawet tam gdzie bylo napisane : " Wstep Wzbroniony ! " i dotykalismy wszystkiego.
Zachwycaly nas roznokolorowe intarsje z kawaleczkow marmuru i rzezbione, jakby koronkowe dekoracje w tymze. Istne cudenka !
Nie odmawialismy sobie rowniez delikatnego muskania palcami tych przepieknosci. Przeciez nikt nas nie widzial !
Nagle przyszlo mi do glow, ze zwiedzajac od cwierc wieku Wlochy, nigdy nie natknelam sie na inny kosciol pod wezwaniem sw. Miniato. Nie wiedzialam tez o nim nic blizszego.
Coz, nigdy nie interesowaly mnie zbytnio zywoty swietych - wole grzecznikow.
Moze dlatego zywot sw. Miniato jakos umknal mojej uwadze.
W zakrystii lezaly na szczescie ulotki mowiace o histori kosciol, wiec zaczelismy je czytac.
I co sie okazalo ?
Sw. Miniato byl pierwszym florenckim meczennikiem. Pochodzil z Armenii i byl prawdopodobnie kupcem.
Przybyl tu ok. 250 roku i osiadl na stale , ale juz nie jako kupiec lecz chrzescijanski eremita i zamieszkal prowadzac zywot pustelnika na jednym ze wzgorz okalajacych miasto. Zginal w wyniku przesladowan antychrzescijanskich z reki rzymskiego zolnierza, ktory nad brzegiem Arno - rzeki przeplywajacej przez Florencje - scial mu glowe mieczem.
Ale " sciety " nic sobie z tego faktu nie zrobil tylko wsadzil wlasna glowe pod pache i zaczal wspinac sie do swojego eremu. Doszedlszy, dopiero wyzional ducha.
Widzac co sie stalo, inni florenccy chrzescijanie w wyrazie czci i holdu oraz dla upamietnienia calego wydarzenia, postanowili w miejscu smierci meczennika wybudowac santuarium, ktore najpierw bylo mala kaplica, a pozniej zostalo przeksztalcone w kosciol.
Teraz wiem juz, dlaczego czczony jest on tylko tutaj.

Poniewaz bylam wtedy w towarzystwie osob, o ktorych poczuciu humoru, nadal po 30 latach w moim liceum kraza legendy, wiec nie musze chyba powtarzac, czego sobie a' propos scietej glowy pod pacha nie naopowiadalismy.
A ze bylismy jedynymi zwiedzajacymi, naszych troche bluznierczych zartow nikt na szczescie nie slyszal.
Tak nam sie przynajmniej wydawalo.
Gdy na koniec zmeczeni, schodzeni, ale w swietnych humorach zjechalismy ze wzgorza abym mogla przesiasc sie na rower - jego nie bylo !
Tez go " wcielo " !
Po prostu ktos mi go ukradl.
I mam nawet pewne podejrzenia czyja to byla sprawka !

Nagle zaczelam rozumiec, dlaczego takiemu swietnemu fotografowi jakim jest jeden z moich przyjaciol nie wychodzily zdjecia, a dwaj inni przez pol godziny bladzili w przykoscielnym cmentarzu nie mogac znalezc wyjscia i niepokojac swoim zniknieciem nas, pozostalych.
Chodzi o ten sam cmentarz "Porte Sante ", w ktorym jest nagrobna rzezba z sobowtorem mojej malej corki i podpisem "Bibi". Dziwne, ale i jej ojciec zawsze tak na nia mowil. Pisalam juz o tym .

Wiem, przyznaje sie do winy ; moglismy troche powsciagliwiej wyrazac nasze zachwyty, ale przeciez nad uczuciami czasem tak trudno zapanowac.
Powinnismy dac rowniez wiare przyslowiom - madrosci pokolen - a w tym konkretnym przypadku :
- " Nie smiej sie dziadku z czyjego wypadku ".
Wszyscy jednak zawsze lubilismy przeciwstawiac sie obiegowym prawdom i troche prowokowac.
Ale mnie nie tak latwo przestraszyc.
Duchow balam sie gdy bylam mala dziewczynka. Teraz wyroslam z tego.
Nowy rower tez juz mam. Na dodatek z dwoma " pancernymi " klodkami.
I jeszcze jedno, najwazniejsze : kolejny raz utwierdzilam sie w swoim pacyfizmie.
Nadal bowiem mysle, ze lepiej stracic glowe dla kobiety, niz z reki rzymskiego zolnierza. 
Dla zolnierza moim zdaniem tez nie warto, bo nie znioslabym ciaglego niepokoju, ze i jemu to, czy owo utna.

 

12:12, ma-ddalena
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 04 stycznia 2010

 

 

Dzis mala lekcja j. wloskiego.
Moze komus  kiedys  przyda sie. W zyciu przeciez nigdy nic nie wiadomo.

Czesto spotykaja nas jakies nieprzewidziane sytuacje i przypadkowe zdarzenia.

Mnie , nader czesto cos sie przytrafia.

Kiedys na przyklad calkiem przypadkiem , trafila mi sie na jednym z pamiatkowych zdjec , pupa przygodnej turystki.
Moglam je niby poddac jakiejs  obrobce , ale nie lubie poprawiac i na sile uladniac rzeczywistosci , a po drugie ,  to dla mnie za duzo zachodu.
Zreszta zachod  juz byl na tym zdjeciu , a dwa zachody to jak dwa grzybki w barszcz - za duzo !
Zostawilam wiec tak jak wyszlo . Czyli  ja ,  w milym towarzystwie i  radosnie usmiechnieta ( lubie ten stan ) , na tle sugestywnie nastrojowej panoramy Florencji ,  w dodatku w promieniach zachodzacego slonca.
Czyli typowe , wspomnieniowo - pamiatkowe , urocze zdjecie .
Wlasnie takie mialo byc , tylko ze w ostatniej chwili przytrafila sie niespodzianka .

Fakt faktem ,to w miejscu gdzie bylo ono robione , zawsze jest kolejka turystow chcacych sobie i innym popstrykac fotki . I prawie zawsze znajduje sie potem na zdjeciach nieznane osoby na dokladke.
I ja mialam takie szczescie. Trafily mi sie obce tyly.

Prawdziwy Wloch , ale  nie ja ,bo raz , ze nie jestem Wloszka ,a po drugie raczej nie uzywam " dobitnosci " - wykrzyknalby zaraz z ironia w glosie :
- " Che culo ! "  - " Ale tylek ! " , a wlasciwie doslowne tlumaczenie  to :  "Ale d..a ! " .
Oznacza to : " Ale szczescie ! " , " Ale fart ! " , " Ale okazja ! "
Odnosi sie do sytuacji lub osob , ktorym sie niespodziewanie poszczescilo , cos wygraly , umialy sie "ustawic " itp.

Wlosi czesto uzywaja tego powiedzenia ; czasem i oni nie sa zbyt finezyjni w slownictwie , a raczej dosadni .

Brak szczescia , niefart , zly los , niepowodzenie - okreslaja natomiast zdaniem : " Che sculo ! " - " Brak tylka ".

Czyli zupelnie odmiennie niz w Polsce .
U nas  , gdy cos sie nie powiedzie , mowi sie przeciez : " D..pa z tego !" , " Do d..y z tym ! " , albo o kims jalopowatym , ktorego szczescie sie nie ima : " D..a czlowiek ! ".

No coz ,co kraj to obyczaj i inne pojmowanie szczescia .

A wracajac do przypadkowej turystki , to miala ona podwojnego farta , bo zostanie juz na zawsze w moich wspomnieniach oraz posluzyla jako namacalny , czteroliterowy przyklad , ilustrujacy roznice w okreslaniu szczescia we Wloszech i w Polsce.

Niektorym , to sie zawsze udaje !

20:14, ma-ddalena
Link Komentarze (1) »
czwartek, 31 grudnia 2009

 

Wloskim zwyczajem najlepiej witac Nowy Rok czyms czerwonym i nowym.

Zapewnia szczescie i pomyslnosc.

Moze byc to nowy - rudy lub komunista - maz lub narzeczony , bo po wlosku na jednego i drugiego mowi sie "rosso" , czyli czerwony.

Ja jednak zadowole sie czyms bardziej tutaj popularnym w Sylwestra , a mianowicie jakims niewinnie zabawnym , intymno - bieliznianym dodatkiem.

Zycze Wszystkim w Nowym Roku samych wspanialych dni !

Nocy tez :)

 

19:49, ma-ddalena
Link Komentarze (4) »
niedziela, 27 grudnia 2009

Powspominam dzis troche moja kalabryjska tesciowa.
Lubilysmy sie bardzo.
Rzadko to sie zdarza , ale dzielilo nas prawie tysiac kilometrow , wiec nie mialysmy zbytnio powodow do niesnasek.
Byla pierwsza z szesciu corek dosc ubogiej ,malomiasteczkowej rodziny.Bedac dzieckiem , zeby pomoc mamie w odchowaniu reszty siostr ,za zgoda tejze , nie poszla do szkoly - umiala tylko podpisac sie i liczyc .
Ojciec nie mial za bardzo rozwinietych odruchow rodzicielskich .Moze myslal , ze rodzina to i samym powietrzem wyzyje , wiec obowiazek zywiciela spadl na najstarsze dziecko , czyli na nia.
Poszla wiec zamiast do szkoly - zarabiac , a wlasciwie przynosic codziennie do domu cos do jedzenia , bo za swoje dzieciece poswiecenie , pomoc i wyrzeczenia , nie dostawala nawet pieniedzy.
Codziennie rano schodzila ze wzgorza , na ktorym znajdowalo sie jej miasteczko Montalto ( "monte" - gora , "alto - wysoki" ) i szla do jednego z wlascicieli ziemskich zbierac owoce i warzywa , ktore potem pomagala sprzedawac na targu.
Tak mijal jej dzien , a wieczorem , z resztkami niesprzedanych owocow i warzyw - swoja zaplata - szczesliwa , ze i ona moze sie na cos przydac , wracala do domu.
Choc nigdy nie dostawala pieniedzy to domownicy i tak byli zadowoleni bo mieli dzien w dzien co do garnka wlozyc.

Gdy byla juz nieco starsza , a wszystkie jej siostry odchowane i chodzace do szkol i jej w zyciu sie poszczescilo.
Trafila bowiem na sluzbe do dosc bogatego domu i opiekowala sie dziecmi wlasciciela tloczarni oleju.
Wlasciwie , to zawsze w swoim zyciu komus matkowala.
Lubila to zajecie , a gdy zona gospodarza po urodzeniu szostego dziecka , umierajac w pologu poprosila ja , zeby zaopiekowala sie dziecmi po jej smierci , z checia na to przystala.
Ojciec dzieci tez byl zadowolony z tej decyzji.
Do tego stopnia , ze po jakims czasie wzieli slub i mieli ze soba nastepne czworo dzieci.
W pobieznym liczeniu , to juz 15 dzieci - swoich i prawie swoich - zawdziecza jej wyjscie na ludzi.
Nawet gdy byla juz "pania na wlosciach", to nadal czesto oddawala sie pracy w ogrodzie.Zamilowanie do owocow i warzyw nigdy jej nie opuszczalo. Lubila przy nich pracowac . Nie sprzedawala jednak juz swoich plonow , ale z checia nimi obdarowywala.
A gdy chciala kogos szczegolnie mile obdarzyc , to zbierala dla niego owoce i warzywa w niedziele lub swieta.
Mowila , ze wedlug tutejszych zwyczajow , cos zrobione dla kogos w dzien swiety , nabiera wiekszej wartosci.
Cala rodzina i wszyscy w okolicy lubili a za jej szczodrosc.

Byla swietna kucharka i lubila gotowac.
Mysle , ze w ten sposob wyrazala rowniez troche swoje uczucia.
Gdy przyjezdzalismy do niej, juz czekaly na nas ulubione przez jej jedynego syna i oczko w glowi , tony wlasnorecznie przygotowanych "maccheroni".
Jest to jedna z kulinarnych specjalnosci kalabryjskich : trzydziestocentymetrowy makaron z dziurka w srodku , oczywiscie robiony recznie przy pomocy specjalnego suchego zdzbla trawy , na ktorym roluje sie ciasto .
Niesamowicie zmudna robota.
Trzeba bylo nierzadko calego dnia , zeby przygotowac wystarczajaca ilosc tego przysmaku na powitalne przyjecie z udzilem calej najblizszej rodziny ( jakies 20 - 30 osob ) z okazji naszego przyjazdu.
Kiedys nieopatrznie przyznalam sie , ze wole ziemniaczane "gnocchi" podobne do naszych kopytek .
Nastepny wiec dzien schodzil jej na przygotowywaniu i tego przysmaku.
Nie pomagaly moje przekonania ( zeby nie dodawac jej pracy ) , ze ja chetnie zjem i "maccheroni."
Odpowiadala :
- " Moje dziecko , tak rzadko do mnie przyjezdzasz , ze pozwol mi chociaz w ten sposob ciebie ugoscic ".
Oczywiscie dostawalam rowniez odpowiednia porcje ( jak dla szwadronu wojska ) , aby zawiezc do Florencji.
Lubilam patrzec jak gotuje .
Wychwytywalam roznice pomiedzy daniami toskanskimi i kalabryjskimi.
Niby te same skladniki , ale diabel tkwi w przyprawach.
Np.: w Toskanii , dla zaostrzenia smaku uzywa sie glownie czarnego pieprzu , a w Kalabrii bardzo pikantnej papryczki - peperoncino.
W Toskanii kroluje aromatyczny rozmaryn , natomiast w Kalabrii sypia do wszystkiego suche i przepieknie pachnace oregano.
Jest ono zbierane na slonecznych , lakowych stokach i suszone w cieniu w peczkach .
Ach , ten zapach !
Starozytni Rzymianie i Etruskowie robili z niego wonne olejki do ciala.
Sama bym sie takim poperfumowala !
W Kalabrii swiezymi , pachnacymi galazkami rozmarynu wypycha sie trumienne poduszki zmarlym , wiec moja tesciowa nie uzywala tego ziola w kuchni.
Zle jej sie kojarzylo.

Pamietam dzien kiedy umarla.
Tak trudno opisywac mi tamtejsze pogrzebowe zwyczaje.Sa takie odmienne od naszych.
Ja nadal patrze czesto poprzez pryzmat polskich obrzadkow , obyczajow i nawykow , wiec czasem moze sie wydawac , ze wartosciuje i krytykuje te odmienne , ale w rzeczywistosci jestem daleka od tego.
Wylawiam tylko roznice w "przedstawianiu rzeczy" , bo uczucia i tak wszedzie sa podobne.
Wiec kiedy odchodzila z tego swiata , oczywiscie w domu i wsrod bliskich , bo tak tu sie nadal odchodzi , dom pelen byl ludzi , a ona sama w swoim pokoju.
Pytalam zdziwiona , dlaczego nikt z Nia nie jest i czy chociaz ja , moglabym z nia troche jeszcze pobyc ?
Jej corki odpowiadaly mi , ze u nich wierzy sie iz czlowiek chce byc sam ze soba w tych ostatnich momentach .
Dlatego nikt nie chce jej przeczkadzac.
Jednal zgodzily sie , abym weszla do niej na chwile.
A mnie jakos nie wydawalo sie , gdy wzielam ja za reke i popatrzylam jej w oczy , zeby mnie odganiala , mowiac : "odejdz".
A moze tylko zle patrzylam ?

Gdy juz odeszla , jej corki powiedzialy do mnie :
- "Maddalee , ( tak brzmi moje imie w ich scislym kalabryjskim dialekcie ) ty jestes z polnocy , wiec umiesz panowac nad uczuciami .
U nas zmarlego przygotowuje do "ostatniej podrozy" najblizsza rodzina , ale zadna z nas nie jest w stanie tego zrobic.
Boimy sie , ze bedziemy przy tym za bardzo krzyczec z rozpaczy , a ty przeciez nigdy nie placzesz".
Pomyslalam :
- "Jak malo mnie jeszcze poznalyscie .
Ja tez placze , przeciez nie jestem z kamienia , tyle ze nie potrafie tego robic przy ludziach".

Mieli ja pochowac nastepnego dnia.
Taki tu zwyczaj . Wiaze sie z klimatem . Jest zbyt goraco , zeby dlugo czekac z pochowkiem.
Zgodzilam sie im pomoc . Przeciez nie moglam Jej tego odmowic .
Chociazby za te wszystkie slodkie owoce , ktore zrywala dla mnie w niedziele.

Corki nie musialy martwic sie rowniez o dyzurne placzki pogrzebowe.
Na poludniu Wloch czasem jeszcze mozna natknac sie na ten zwyczaj .
Przyszlo zegnac ja tak wiele ludzi , ze ich lament , oplacany paczkami kawy i cukru oraz butelkami oleju i wina , byl juz niepotrzebny.
Wszyscy plakali i smucili sie za darmo.

Mysle , ze nie tylko ja , kochalam ja za jej niedzielne serdecznosci.

02:30, ma-ddalena
Link Komentarze (2) »
środa, 23 grudnia 2009

 

Ten widok przed moim domem , to juz wspomnienie.

Ostatnie resztki mojego florenckiego , swiateczno - zimowego , nastrojowego klimatu , wlasnie rozpuscily sie tej nocy.
Snieg , tak jak niespodziewanie pojawil sie w ubiegly piatek , obficie i puszyscie zasypujac cala Florencje , tak dzisiaj rano zniknal i nie ma juz po nim sladu.
Zostalo surrealne - w tym klimacie - zimowe wspomnienie i lekki dreszczyk na skorze.
Nie tylko z zimna.

Wszystko wrocilo do normy , czyli 15'C w dzien , slonce i zielen dookola.

Nareszcie normalna zima .

Jak przystalo ! ;)

 

13:20, ma-ddalena
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 grudnia 2009

 



Juz po raz dziesiaty w dniach 18 - 20 grudnia tego roku , odbyly sie we Florencji golfowe zawody sportowe - Ponte Vecchio Golf Challenge.
Po raz drugi z rzedu wygral je Norweg Jan Are Larsen.
Bralo udzial 12 miedzynarodowych zawodnikow , ktorzy rozpoczynali gre wybijajac pileczke ze Starego Mostu - Ponte vecchio i celujac do zacumowanych na rzece kwadratowych zielonych pol , imitujacych skrawki pola golfowego.
Aby oddawac nastepne strzaly podplywali do nich na kajakach lub lodziach.
W tym roku bylo mroznie i snieznie , ale bezwietrznie i Arno tez bylo spokojne.
Natomiast w ubieglym roku byl tak silny nurt rzeki , ze zrywal zakotwiczone platformy i nielada sztuka bylo trafic do celu.

02:08, ma-ddalena
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 grudnia 2009

 


 

Jedna z moich ulubionych florenckich budowli jest Bazylika San Miniato al Monte.

Mysle, ze to jeden z najcudowniejszych - to chyba najwlasciwsze slowo na okreslenia jego uroku - kosciolow jakie widzialam nie tylko w Toskanii, ale w calych Wloszech.
Wokol kosciola rozposciera sie piekny, stary, monumentalny cmentarz Porte Sante - Swiete Bramy.
Przez wiele lat mieszkalam doslownie pod nim. Nie, nie w jednym z grobowcow ! Lecz wystarczylo tylko zejsc ze wzgorza (monte, znaczy - gora), na ktorym on sie znajduje jakies 200 m w linii prostej w dol i bylam w domu.
Czesto chodzlam tam na spacery i nie tylko gdy bylo mi smutno, bo miejsce to jest wyjatkowo piekne, a ja na dodatek lubie stare cmentarze. Wiem, ze brzmi to troche makabrycznie, ale dla mnie maja swoj urok.
Z czasem tylko nauczylam nie zdradzac sie z tym moim zamilowaniem przed Wlochani, a szczegolnie mezczyznami. Bowiem na sam dzwiek slowa "cmentarz "- nie mowiac juz o jego widoku - rasowy Wloch truchleje ze strachu i tak jak u nas w Polsce od uroku odpukuje sie w niemalowane, tak - z tego samego powodu - oni dotykaja swych meskich klejnotow.
Robia to, aby nie przywolywac licha i oddalic, co nieuniknione. W tym przypadku - smierc.
No coz, co kraj to obyczaj i ma swoje wlasne - sprawdzone - sposoby na odczynianie.
Wlosi lubia oddalac od siebie niemile czynnosci, a oprocz - co jakze oczywiste - smierci, maja rowniez druga, ktorej nie znosza - placenie. Czesto powiadaja nawet, ze "per pagare e per morire c'e' sempre tempo", czyli ze z zaplata i smiercia nie nalezy sie wcale spieszyc.A smierc we Wloszech to rowniez temat tabu.
Niechetnie sie o niej rozmawia, poniewaz wierzy sie, ze taka rozmowa mozna ja przypadkowo, w jakis czarnomagiczny sposob przywolac. Mysle, ze rowniez z tego samego powodu tak chetnie i bezpruderyjnie mowi sie tu o milosci i seksie.

Poczatkowo troche mnie te wierzenia i nawyki peszyly, ale z biegiem lat zaczelam sie po trochu przyzwyczajac.Milosc, to - w gruncie rzeczy - przeciez taki piekny temat ... Chociaz, musze przyznac, ze tak czasto spotykany we Wloszech widok mezczyzn gmerajacych sobie publicznie we wlasnych miejscach intymnych nadal mnie bulwersuje. Zreszta nie tylko mnie ; cudzoziemcy, a szczegolnie cudzoziemki sa zwykle tym typowo wloskim spektaklem lekko zdegustowani. Ale przeciez nie wszystkiego w zyciu mozna sie tak do konca nauczyc lub do nich dostosowac. Pewne rzeczy trzeba po prostu wyssac z mlekiem matki. I juz! Bo na Wlochach i Wloszkach widok ten nie robi najmniejszego wrazenia. Ot, zwyczaj i tyle !
Ale wracajac do cmentarza, to szybko moja noga tam, ani cale cialo zreszta - nie postanie. Z wlasnej woli oczywiscie ! Gdy zajdzie mus, to i ja sie dostosuje. Przestalam tu chetnie przychodzic gdy jakis czas temu jak zwyke oprowadzajac znajomych po Florencji, nie omieszkalam pokazac im rowniez cmentarza i jakiez bylo moje zdziwienie gdy nagle po raz pierwszy ujrzalam, a przychodzilam tu przeciez czesto - dzieciecy nagrobek z pocz. XX w. Wczesniej nigdy jakos tego grobu nie zauwazylam, chociaz znajduje sie w samym centrum, przy glownym wejsciu, po prostu na samym widoku. Byla to rzezba w skali 1:1 przedstawiajaca kilkuletnia dziewczynke.
Doslownie sobowtor mojej corki gdy byla mala dziewczynka. Ta sama figura, rysy twarzy, usmiech, fryzura, zastygly w bialym marmurze gest. Ba, nawet imie bylo identyczne z pieszczotliwym zdrobnieniem jakim nazywalismy ja w dziecinctwie - zgroza ! Przetraszylam sie i ciarki mnie przeszly. I od tamtej pory cos mnie stamtad odpycha !

Mysle rowniez, ze to bardzo niesprawiedliwe, ze tylko mezczyzni moga tutaj bronic sie przed smiercia w tak niekonwencjonalny, ale jakze prosty sposob. Kobiety z braku odpowiednich atrybutow nie maja takiej mozliwosci. 

Kolejny raz wychodzi na wierzch typowo wloski meski szowinizm.

 

 

niedziela, 06 grudnia 2009

 

" Il mio paese dei balocchi " - " Moja kraina zabawy ".

Tym zdaniem zaczerpnietym z "Pinocchia " czasem okreslam Wlochy.
Oczywiscie nie zawsze, ale wtedy tylko, gdy mam dobry humor, bo czesto az cisnie mi sie na usta : "L'inferno " ( "Pieklo"), czyli jeden z rozdzialow "Boskiej komedii " Dantego.
Ale dzisiaj jestem w dobrym nastroju.

Pisalam ostatnio, ze wedlug mnie, im bardziej na poludnie, tym mniej sie chce .
Pracowac i fatygowac na pewno, ale bawic sie, odpoczywac, a nawet meczyc zabawa do upadlego, lubia na szczescie wszyscy Wlosi !
Ilez tu rozmaitych swiat, festynow, dni tego, czy tamtego, obchodow z okazji lub bez i innych karnawalow !
Kazda okazja - swiecka, czy religijna - jest wymowka i powodem do swietowania.
Evviva !!! ( Niech zyje ! )
Bawia sie wszyscy - mlodzi i starzy.
Starsi moze nawet z jeszcze wieksza ochota.
Gdy tylko mam okazje, lubie pomagac w przygotowaniach karnawalowych moim osiemdziesiecioletnim, "przyszywanym " kalabryjskim ciotkom i patrzec jak cale miasteczko zamienia sie w jeden, wielki, kolorowy pochod przebierancow i masek, a kazdy mieszkaniec, niezaleznie od wieku, chce zostac krolem karnawalu.
Ciotki oczywiscie tez !
Niech sie schowa przy tych malomiasteczkowych, wloskich karnawalach, oficjalny Karnawal Wenecki. To tylko raczej taka pocztowka dla turystow.
Prawdziwa zabawa czeka gdzie indziej.
Zeby jednak nie bylo, ze "cudze chwalicie, a swego nie znacie ", to gdy widze, co wyprawia moja wlasna mama wraz ze znajomymi na probach, a potem przedstawieniach Teatru Seniora, to potem wcale sie nie dziwie, ze tak latwo znajduje ona wspolny jezyk, pomimo nieznajomosci tegoz, z "moimi " kalabryjskimi ciotkami.
Identyczna chec zycia i zabawy.
Ponad granicami i wiekiem.
Albo pomijajac karnawal, wezmy inne, pierwsze lepsze z brzegu, wloskie swieto - tym razem florenckie : " La rificolona", czyli wrzesniowe swieto plucia plastelina z rurek .
Dla uczczenia i upamietnienia koscielnych obchodow swieta Maryi Dziewicy, kiedy to matki, widzac opluwajace sie nawzajem wlase z cudzymi pociechy, nie mogac wyjsc z rodzicielskiego podziwu, wolaja :
- "Bravi bambini !" - " Zuchy, grzeczne dzieci !"

Pokazcie mi inny taki kraj !
Ze swieczka szukac !
No i wlasnie o swieczki tu chodzi.
Zwyczaj ten nawiazuje do sredniowiecznj tradycji, kiedy to wieczorem 7 wrzesnia w wigilie swieta Maryi Dziewicy, obchodzonego rokrocznie w Kosciele Santissima Annunziata, przybywali do miasta okoliczni chlopi aby pomodlic sie i przy okazji sprzedac troche plonow na towarzyszacym odpustowi festynie.
Szli wieczorem, wiec oswiecali sobie droge lampionami ze swieczek na patykach. Potem przeczekiwali noc na schodach Szpitala Niewiniatek (Ospedale degli Innocenti ) doslownie obok kosciola. A w Szpitalu Niewiniatek - jak sama nazwa wskazuje - byl przytulek porzuconych dzieci, ktore przez caly rok czekaly na te jedna jedyna noc, kiedy to beda mogly celowac z procy, albo pluc z trzcinowych rurek do zapalonych swieczek wiesniakow lub do kolorowych spodnic ich zon.
Przeciez nie mogly sobie biedactwa tego odmowic, bo wiesniacy koczowali doslownie pod ich oknami. A przeciez i sierotkom raz do roku cos od zycia sie nalezy.
Dzieci to dzieci i kto by im tam zabawy odmawial ?
Na pamiatke wiekowej tradycji i obecnie kazdego 7 wrzesnia przechodzi wieczorem przez miasto - rozmigotany blaskiem kolorowych lampionow - pochod.
Przewaznie dziewczynki niosa lapiony, a chlopcy, zeby kontynuowac zwyczaje florenkich urwisow - przepraszam ! - niewiniatek, przez caly wieczor przescigaja sie w pluciu w nie z plasteliny, ryzu, czy papierowych kulek.
Niewazne czym, wazne zeby zgasic plomyk !
Gdy jakiemus bachorowi uda sie wyczyn to zawsze slyszy od mamy :
- "Bravo i' mi' figliolo !" (dialekt toskanski ) - Zuch syneczek !

Gorzej maja mamy dziewczynek, bo musza pocieszac zaplakane corki gdy ich nierzadko samodzielnie zrobione lampioniki ulegna zniszczeniu z reki jakiegos "grzecznego " urwisa .
Ale i tak wszystko konczy sie lodami (chyba nic tak nie pociesza) lub zajadaniem sie innymi lakociami. Tutaj do ulubionych naleza Brigidini - slodkie oplatki z maki, wody, cukru i olejku anyzkowego.
Cala ta zabawa zdarza sie tylko raz do roku, ale faktycznie, mozna poopluwac sie wtedy do woli i zostac jeszcze za to pochwalonym !
Eh zycie ... !


Migawki z " Rificolony" :

http://www.zoomedia.it/Firenze/cultura/tradizioni/rificolona/2009/index.html

 

11:58, ma-ddalena
Link Komentarze (1) »
piątek, 04 grudnia 2009

 

Mam dzis cos cieplego na slotne , zimne jesienne dni .

" Il pepato toscano " - w wolnym tlumaczeniu : Pieprzny Toskanczyk .

Nic zdroznego , tylko zwykly przepis kulinarny .
Chociaz nie taki znowu zwykly , bo historyczno - artystyczny.
Jedli to danie robotnicy budujacy Florencka Katedre " Santa Maria del Fiore ".

Wczesnie rano ustawiano na palenisku wielki gar , do ktorego wkladano przenajrozniejsze skrawki mies , kupione przedtem za marne floreny od miejskich rzeznikow - wiadomo , robotnicy juz w tamtych czasach zbyt bogaci nie byli ,wiec czesto musieli zadowalac sie nawet ochlapami. 

A ze byli mistrzami, wiec  nie tylko przy budowie Katedry popisali sie umiejetnosciami - tutaj tez blysneli geniuszem .
Mianowicie , dla podniesienia walorow smakowych miesa , dodawano do niego oprocz soli , duza ilosc czosnku i pieprzu i wszystko zalewano obficie czerwonym winem - bron Boze woda !
Pichcilo sie to tak wszystko na slabym ogniu do dwunastej , kiedy to przerywano prace na poludniowy posilek.
Ta obiadowa godzina jest do tej pory scisle przestrzegana przez wszelkiej masci wloskich robotnikow .

A wracajac do " Pepato " ,to jadlo go sie z chlebem , wyrabianym obowiazkowo bez soli. Byla ona wtedy bardzo droga i Florentczycy oszczedzali na niej , mowiac ze potrawy musza byc slone i dobrze przyprawione , natomiast chleb jako dodatek - juz nie .

Twierdzenie to zachowalo sie do dzis i do tej pory , chociaz sol stracila juz na wartosci , wypieka sie tu ( tylko tutaj ) chleb bez soli .
Rodowici mieszkancy jedza tylko taki .

Gdy ja gotuje " Pepato " - oczywiscie nie z ochlapow , ale rowniez zawsze z roznych kawalkow mies , to podaje je czesto z kilkuletnim " Chianti ", ale i kazde inne czerwone , wytrawne , dosc mocne wino swietnie pasuje .

Z biegiem lat potrawa ta przestala byc ubogim daniem i zostala troche "wzbogacona " :

Najpierw na oleju z oliwek dusi sie drobno posiekana cebule , marchew , lodyge selera naciowego , czosnek i garsc natki pietruszki .Dodaje sie rowniez posiekane swieze listki szalwi i rozmarynu i dopiero mieso ,potem szczypte cynamonu ,kilka gozdzikow i ziarenek jalowca .Soli sie to wszystko , pieprzy i zalewa winem , a potem gotuje pod przykryciem na malym ogniu min. 3 godz. Swietnie smakuje rowniez z ziemniakami.

Probowalam jednej i drugiej i kazda rozgrzewa , dodaje sil i poprawia humor. Szczegolnie gdy jedzona w milym towarzystwie .

A wracajac do naszych budowniczych , to oni tez popijali winem (badz , co badz byli to przeciez Wlosi ! ) , ale bylo to " vino annacquato " - czyli rozcienczone pol na pol z woda . 
No bo jakby nie bylo , po poludniu znowu musieli pracowac i to nierzadko na rusztowaniach , wiec mie moglo im sie zbytnio krecic w glowach .

Piekna ja wybudowali te Katedre ... , ze patrzac , az czasem rozum odbiera .

Pewnie od tego wina .

12:47, ma-ddalena
Link Komentarze (5) »
czwartek, 03 grudnia 2009

Stad wyjezdzali w oszukiwaniu lepszego jutra...

Opowiem dzisiaj o wloskim zwyczaju, dosc popularnym w latach 50 -tych ,60-tych, a nawet 70 -tych XX wieku, teraz na szczescie juz zaniechanym, a mianowicie :

Matrimonio per procura - Malzenstwo w zastepstwie.

Kazdy z nas ma jakis swoj prywatny sposob odmierzania czasu.
Jednym z takich moich zegarow ( a mam ich cala kolekcje : od tych dostojnych z kurantami, blyskotek po babci, albo takich, co to sie kiedys znajdwalo w pudelkach z proszkiem do prania, az po piaskowe klepsydry i moje ulubione - zegary sloneczne ) jest dzien narodzin mojej corki .
Czesto mowie, ze cos zdarzylo sie przed jej przyjsciem na swiat lub juz po.
A to zdarzenie przytrafio mi sie jeszcze przed Lavinia, czyli jakies 20 lat temu .
Pojechalam latem z moja mama do tesciow, do Kalabrii. Pewnego dnia poszlysmy z wizyta do jednej z tysiaca ciotek, kuzynek i innych, jakze serdecznych pociotek. Musze tu zaznaczyc, ze niemal wszyscy mieszkancy rodzinnego miasteczka mojego meza nosili idenyczne nazwisko, wiec w jakis blizszy lub dalszy sposob byli ze soba, a wiec takze ze mna, skoligaceni.
Mila gospodyni oprowadzala nas po swoim domu - mimo typowo poludniowych upalow - przyjemnie chlodnym. Nie odczuwalo sie w nim zaru panujacego na zewnatrz, bo grube sciany z kamienia , zimne marmurowe podlogi i szczelnie zasloniete drewnianymi zaluzjami okna, skutecznie chronily przed goracem.
Ogladalysmy nieskonczona ilosc zdjec w ramkach, pieknie wyeksponowanych na wszystkich mozliwych stolach, stolikach i polkach. Gdy zaczynalam miec juz metlik w glowie od :
-To ciocia Marcella, to wujek Giuseppe, a to kuzynka Luciana -moja uwage przykulo pewne weselne zdjeci.
Calkim typowe ; posrodku mloda para, a w rzedach wokol goscie weselni.Tutaj jednak wszyscy nad wyraz powazni.
Oczywiscie, jak kazda kobieta, najpierw zaczelam ogladac Panne Mloda i jej sukienke, a potem Pana Mlodego, ale ku mojemu zdziwieniu jakos zaden z obecnych na zdjeciu mezczyzn nie pasowal mi do tej roli.
Spytalam wiec:
- Ciociu , a ktory to Pan Mlody ?
Uslyszalam odpowiedz :
- Nie ma go tutaj na zdjeciu.
Jak to nie ma ? Nie zalapal sie na slubne zdjecie ? Pan Mlody ?
Wstydliwy, niefotogeniczny, czy z nerwica zoladka i zmuszony stresujaca sytuacja do nieustannego pobytu w WC ?
Ale gdzie tam ! Nie tylko nie bylo go na zdjeciu slubnym, ale nie bylo go rowniez na slubie.
To znaczy byl, ale na swoim, po drugiej stronie oceanu - w Argentynie.
Bo okazalo sie, ze tego samego dnia, o tej samej porze urzadzano w dwoch roznych miejscach na swiecie dwa sluby, a potem dwa wesela tej samej mlodej parze.
No i oczywiscie zrobiono dwa slubne zdjecia. Na jednym byl Panna Mloda ze swoimi goscmi, a na drugim Pan Mlody - tez ze swoimi.
Dodam rowniez, ze mlodzi nigdy sie jeszcze nie widzieli ,tzn. widzieli, ale tylko na zdjeciach i nie rozmawiali ze soba, ale wymienili tylko kilka listow, ktorych nawet sami nie napisali.
Bojac sie o bledy, zlecili innym napisanie kilku milych slow : jedno miejscowej nauczycielce, a drugie, ksiedzu.
Wlasnie brali rozdzielny slub, by za kilka dni spotkac sie po raz pierwszy w zyciu i nareszcie poznac, a potem przezyc wspolnie i szzesliwie reszte zycia.

Jak juz wspomnialam na poczatku, takie zwiazki byly czeste we Wloszech w owczesnym okresie.
Po wojnie mnostwo mlodych ludzi emigrowalo do obu Ameryk i Australii. Gdy powoli stawali na nogi, zaczynali myslec o zalozeniu rodziny. Niechetnie jednak laczyli sie w pary z "tubylcami ", bo roznice kulturalno - obyczajowo - jezykowe byly zbyt odmienne.
Zyjac na obczyznie w narodowych gettach, szybko wiec dowiadywali sie o pannach, czy mlodziencach "na wydaniu" z rodzinnych stron, chcacych zmienic "na lepsze " swoje dotychczasowe, mlode i ubogie zycie.
Bowiem w owym czasie panowala tu - nie tylko na poludniu, ale i na polnocy Wloch - potworna bieda. Takimi "miedzynarodowymi" swatkami na poludniu byly raczej kobiety - ciotki i kuzynki, natomiast na polnocy zajmowali sie tym procederem glownie ksieza .

Panna mloda na zdjeciu, byla jedna z ciotek mojego meza - najmlodsza siostra jego mamy.
Poznalam ja kiedys osobiscie gdy przyjechala na wakacje w rodzinne strony. Ma meze dwoje dzieci i nadal sa malzenstwem.

Wracajac jeszcze na chwile do tamtego zdarzenia ze zdjeciem, to moja mama, ktora towarzyszyla mi wtedy w wizycie, gdy dowiedziala sie o calej tej historii, poczatkowo nie chciala mi wcale wierzyc :
- Co ty mi tu Madziu, dziecko kochane, takie glupoty opowiadasz ? Przeciez to sie po prostu w glowie nie miesci !
I obejmujac mnie czule ramieniem dodala :
- Przyznaj sie, jak zwykle troche sie nabijasz ? Jestem, jakby nie bylo twoja matka i wiem, ze lubisz sie zgrywac - masz to po mnie i po dziadku, ale tym razem po prostu przesadzilas !
Przeciez tu nie chodzi o jakas niewinna randke w ciemno, ale o cale zycie !
Wtedy we Wloszech, nie bylo jeszcze rozwodow - ustanowiono je dopiero w 1974.
Chcialam jej odpowiedziec potocznym : "Jak Boga kocham, ze to prawda ", ale na szczescie szybko ugryzlam sie w jezyk, bo wtedy, to juz na pewno by mi nie uwierzyla !

wtorek, 01 grudnia 2009

 

W dzien, co prawda, tempetatura rzadko kiedy spada ponizej 15°C i nadal wszedzie widac rozneglizowane Amerykanki w japonkach, ale moja kotka przemieniajaca sie z dnia na dzien ze smuklej, egipsko-sfinksowej pieknosci w nabitego futrem niedzwiadka, daje mi do zrozumienia, ze i tutaj idzie juz zima.

W tym roku lato we Florencji trwalo dlugo, bo tak na dobra sprawe rozpoczelo sie juz na poczatku maja i przez caly ten miesiac trwaly tu ponad trzydziesto stopniowe upaly. Byl to najgoretszy maj od 250 lat, odkad zaczeto robic tu systematyczne pomiary.Ciekawe kiedy w Polsce zaczeto takie przeprowadzac ?
Lato we Wloszech, a szczegolnie we Florencji, bo tu spedzilam ogrom swojego zycia, to nie tylko obezwladniajacy upal, ale ma dla mnie dzwiek cykad. Po wlosku nazywaja sie one "le cicale" .
Pamietacie moze piosenke Maanamu "Cykady na Cykladach" ?
Zawsze wprowadzala mnie w leniwy, wakacyjny nastroj.
Zwykle zaczyaja grzechotac i brzeczec pod koniec czerwca.
Slychac je juz od rana, ale najbardziej koncertuja w upalne popoludnia kiedy powietrze zastyga, ze mozna je prawie kroic. Slonce parzy, a ludzie drzemia po obiedze.
Oczywiscie tylko ci, ktorzy moga sobie na to pozwolic, czyli glownie emeryci. Takie toskanskie "Popoludnie Fauna".
Mieszkam od jakiegos czasu troche na przedmiesciach Florencji gdzie pelno cyprysow, wzgorz oliwnych, sosen srodziemnomorskich i pol kwitnacych o tej porze roku slonecznikow, ktore w ciagu dnia nieustannie przekrecaja swoje glowki w pogoni za sloncem.
Tak wlasnie jak sama nazwa wskazuje, bo po wlosku slonecznik to "il girasole", czyli "krecacy sie za sloncem".
Te moje przydomowe okolice to prawdziwy raj dla cykad.
I dla kotow.
Moja kotka lubi teraz, rozciagnieta jak dluga, drzemac sobie na balkonie w cieniu doniczkowych oleandrow. W zimie, na odwrot, szuka cieplych slonecznych plam.
Na moje :
- Fufina, wstydzilabys sie - takie lenistwo !
Ona, nawet nie otwierajac oczu :
- Mru, odczep sie zazdrosnico ...

Cwaniura, wacha swiezo rozkwitle biale gardenie i slucha :

- Cykcykcykcykcykcykcyk........................


Cykady :
http://www.youtube.com/watch?v=f7Y6g8dkQRU

Maanam
http://www.youtube.com/watch?v=8ZUAppfK96c